niedziela, 22 stycznia 2012

Sobota, 26 sierpnia.

Moje leniwe powieki mimowolnie otworzyły się na dźwięk wchodzącej postaci w glanach, z mnóstwem metalowych części na kurtce. Michał rzucił się na łóżko zupełnie bez energii, zmęczony. Zerknęłam na godzinę. Była godzina dziewiąta. Wstałam i usiadłam obok niego. Chciałam się dowiedzieć cóż to takiego się stało, że nie spał tutaj. W sumie to idiotyczne, każdy głupi doskonale zna odpowiedź na to pytanie. Ale jednak ja je zadałam. "-Hej, stary, co takiego porabiałeś tej nocy, coo?" "-Nie ma o czym gadać." - odpowiedział jakoś tak machinalnie. "-No jak to? Najlepiej opowiadaj o tej rudej, co ją wczoraj wyrwałeś." - powiedziałam z dzikim uśmiechem na twarzy, lekko klepiąc go po ramieniu. "-Daj spokój, nic z nią nie było. Jest okropna. Spędziłem z nią czas tylko dlatego, żeby wam nie przeszkadzać." - odpowiedział. Nie mogłam zrozumieć. Przecież szliśmy tam wszyscy jako przyjaciele, dlaczego Michał miałby nam przeszkadzać? "-Co? Przecież poszliśmy tam razem.. chciałam żebyś tam był, więc czemu miałbyś nam przeszkadzać?" - spytałam podnosząc nieco głos. Złapał się za głowę. Nie przewidziałam kaca akurat u niego. "-Nie podoba mi się ten koleś. Nie będzie z niego pożytku, tylko same kłopoty. A z resztą..." - odpowiedział, a dźwięk telefonu przerwał jego snucie teorii na temat poziomu zła złożonego akurat w Kacprze. Chciałam podejrzeć kto to dzwoni, ale Michał szybko zakrył wyświetlacz, odebrał i wyszedł z pokoju. Widocznie nie powinno mnie to interesować. Zeszłam po cichu na śniadanie do pani Rysi. Stwierdzam iż toster jest najlepszym wynalazkiem w historii. Ogarnęłam włosy, jakieś ciuchy. Gdy ja już byłam gotowa, ludzie dopiero powstawali. Oglądaliśmy w tv coś o narkomanii. Nienawidzę do tego wracać. Ciągnie mnie do tego strasznie, ale obiecuję sobie, że wytrwam. Chociaż zniszczenie fizyczne byłoby dopełnieniem tego, co dzieje się tam w środku.Widząc godzinę 14:45 wyszłam prędko z domu, zostawiając to co kobiecie najpotrzebniejsze - torebkę bez dna. Dobrze, że chociaż telefon schowałam do kieszeni, choć znając moje szczęście jest pewnie wyładowany.  Po 10 minutach byłam już na plaży. Usiadłam na nieco palącym w stopy piasku i przyglądałam się jak fale obijają się o brzeg. Ktoś usiadł obok mnie. "-Czemu dzwoniłeś?" - spytałam Kacpra. "-Chciałem się upewnić, że nic ci nie jest." - odpowiedział z niepokojem w głosie. "-A co, coś się stało?" - spytałam, już nieco wystraszona. Po pijaku robiło się wiele głupich i niezrozumiałych rzeczy, kto wie co odwaliłam tym razem? "-Nic się nie stało. Nie pamiętasz nic z wczorajszego dnia?" - zapytał i chyba był pewny odpowiedzi jakiej mu udzielę. "-Tylko kawałek, zanim się tak bezczelnie schlałam." - odpowiedziałam. Kacper położył na piasku swój koc (który przytaszczył z domu) , ściągnął koszulkę i położył się na nim. Mogłabym patrzeć godzinami na jego doskonale wyrzeźbione ciało, nie dlatego że się nim zauroczyłam, bo się nie zauroczyłam, ale dlatego że pierwszy raz widzę takie mięśnie połączone z tak niepozorną twarzą. Usiadłam na czerwonym kocu w kratkę, obok Kacpra i odwróciłam od niego wzrok - żeby sobie nic nie pomyślał. Spojrzałam na budkę z kebabami, jakoś tak mimowolnie. Moją uwagę przyciągnął tajemniczy chłopak w czerni, z grzywką na bok i czarno białymi conversami. I ominęłabym ten fakt gdyby nie to, że w mojej głowie narodziła się myśl imieniem Paweł. Nawet tu? Ludzie.. czy nawet tu nie mogę odpocząć od tego całego syfu tam, w środku, związanego z tym panem koło tej o to budki? Czy ja kiedykolwiek będę miała od tego wakacje? Każdy wie, że nie. Pewnie nawet ci, którzy mnie nie znają. Kacper natychmiastowo zauważył zmianę w mojej twarzy (pewnie w duszy też) i momentalnie spytał co się stało. Nie odpowiedziałam mu, nie byłam w stanie. Żeby w ogóle pojmować o co w tym chodzi trzeba mocno utkwić w tym temacie - a do tego nie zaprasza się byle kogo. Chociaż z drugiej strony Kacper to nie byle kto.. ale uznałam że lepiej będzie gdy z tym zaczekam. Nim się obejrzałam rzekomego Pawła już tam nie było, za to Kacper właśnie tam poszedł. Świetnie. Jest tak upalnie, a on chce faszerować się kebabami. Na szczęście wrócił tylko z jednym, który najwyraźniej nie był przeznaczony dla mnie (halleluja!) i zaczął się nim opychać, wspominając coś o wczorajszej imprezie. Nim się zorientowałam temat przeszedł na najczarniejszą stronę mego życia, na narkotyki. Podobno jakiś koleś chciał polecieć na "złoty strzał" (dla nieogarniętych: śmiertelna dawka narkotyku) i jakoś cudem go odratowano. Nie za wiele mnie to obchodziło, wyłączyłam się. Po jakiś dwóch godzinach spokojnej egzystencji wzbogaconej o dźwięk fal rozbijających się o brzeg i terkotaniu Kacpra ogłosiłam, że muszę wracać. Powrót do domu zajął nam kolejne dwie godziny (nie ma to jak pokonywanie stu metrów w jakieś pół godziny). Dotarłam, rozleniwiłam się na kanapie obok pani Rysi i dałam się porwać telenowelom argentyńskim. Pod wieczór wszyscy szykowali się na imprezę. Momentalnie przypomniało mi się wszystko to co najgorsze. Odechciało mi się żyć. Nie wiem co mnie skłoniło do wzięcia żyletki i pójścia do pokoju. Nie patrzyłam na inne łóżka. Walnęłam się na swoje, patrząc się na żyletkę jak na najlepszego przyjaciela. "- I za co nam przyszło się zbratać, co?" - powiedziałam do żyletki (albo do siebie?), a moje czarne od tuszu łzy plamiły mi koszulkę. Poczułam szarpnięcie. "-Michał, ty nie na imprezie?" - pytałam jak gdyby nigdy nic, przytulając się do niego. - "dzięki, że jesteś." - powiedziałam. "-Nie ma sprawy. Tylko nie rób głupstw jeśli nie chcesz bym poszedł za tobą. " - powiedział puszczając. "-Niby czemu miałbyś pójść za mną?" - spytałam. -Opowiedzieć ci? więc to było tak ...

________________________________________________________________
Dziękuję za wytrwałość niektórych z was.
Może i sępienie komentarzy jest strasznie chamskie i w ogóle, ale chciałabym tylko zobaczyć ile was jest.
Bo mnie nie chodzi o samą obecność komentarzy tylko o ludzi.
Będę starała się częściej tutaj pisać. Tymczasem zmieniłam wygląd bloga.
Mam zamiar otworzyć drugiego bloga, z moimi głupawymi przemyśleniami (jakby ktoś był zainteresowany tym co robię po za tym blogiem).
Dziękuję za wejścia i komentarze, jesteście wspaniali . ;**

sobota, 24 grudnia 2011

Święta.

Białe puchate "coś" prószy prosto w oczy zamazując pole widzenia, zimny wiatr bucha prosto w twarz, a śnieg skrzypi pod ciężarem naszych butów. Ale oczywiście nie u nas, gdyż w Polsce jedyne zjawisko jakie możemy zaobserwować w święta to deszcz i plucha. Jednakże w domach choinka rozświetla ciemne pomieszczenie i założę się, że niektórych to raduje. Te wszystkie przygotowania do jednej kolacji robi się miesiąc przed, tylko po to by hucznie świętować narodzenie Jezusa Chrystusa. Ach tak. To święta. Chociaż ja osobiście ich nie czuję, nie wiem jak wy, chciałabym wam życzyć wesołych, radosnych i spokojnych świąt, a nawet i Nowego Roku (wyprzedzając). Dziękuję wszystkim, którzy jeszcze - mimo wszystko czytają mojego bloga i uroczyście oświadczam, że się za niego biorę. Nie wiem ile osób czyta moje wypociny (bo przecież nie wszyscy zostawiają komentarze, to zrozumiałe), ale dziękuję wam wszystkim, naprawdę. Bez was nie pisałabym tego. Jeszcze raz życzę wam i waszym rodzinom wesołych świąt. ;**

Ps. Przerwy spowodowane nawałem nauki się opłaciły. Wprawdzie średnia 4,53 nie jest jakaś najlepsza, ale dla mnie to osobisty sukces. :)

czwartek, 24 listopada 2011

Piątek, 25 sierpnia.

Wstałam gdzieś tak koło 10:00 nie mając pojęcia o której było lub będzie śniadanie. Na szczęście chłopaki tez spali więc nie było opcji bym głodowała sama, gdyby jednak tego śniadania nie było. Nie wiem jak znalazłam się przez noc na środku pokoju, nie wiem też skąd się tam wziął Bartek i co robił pod moją głową.. i chyba już wiem. Chrapał. Znalazłam w kurtce Michała gwizdek, jednak i on nie pomagał. Poszłam do dziewczyn, z zapytaniem jak ich obudzić. Nie wiem po co zabrały nad morze wuwuzele. Wiem jedno - podziałały. Nigdy nie widziałam Kamila takiego wściekłego. Wziął mnie na ręce i zaniósł do łazienki, a następnie wrzucił do wanny wypełnionej wodą. Nie wiem skąd wzięła się tam woda, ale prysznic miałam już załatwiony. Ogarnęłam jakieś suche ciuchy i ruszyłam na dół. Okazało się, że śniadanie jest, a pani Rysia jest nieziemska. Naleśniki.. Pani Rysia wygoniła nas na plażę. Wpoiła nam, dziewczynom, dumne motto które brzmiało "plaża, słońce, chłopcy". Coraz bardziej ją lubię. No dobra, poszliśmy na plaże, oczywiście Kamil musiał zrobić nam wiochę swymi różowymi slipkami, które sama mu podłożyłam. Niestety mój misterny plan się nie udał i jakieś dziewczyny zaczęły do niego zarywać, a jemu się najwyraźniej to podobało. Poszedł z tymi laskami na drina, w sumie miłe z twarzy, nie mam nic przeciwko, ale żeby polecieć na takie coś? Nie rozumiem tego. Gdy Kamil poszedł chłopaki wyjawili mi, że to z tą wanną to żaden przypadek, wszystko zaplanowali. No i ja, jako porządna, szanująca się kobieta, zrobiłam to co kobieta zrobić powinna. Strzeliłam focha. Zabrałam ręcznik i uciekłam stamtąd. Usiadłam na piasku, postanowiłam chwilę się poopalać. '-A cemu ta pani tu tak lezyy?' - usłyszałam jakieś dziecko. Podniosłam nieśmiało wzrok. Kilkuletni chłopiec, rzekłabym nawet że jest tak słodki, że dałoby radę go zjeść. Towarzyszył mu nieco większy chłopak, no gdzieś w moim wieku. Zielone, wielkie oczy, czarne włosy, ubrany nieco w stylu skate. Zakochałabym się w nim, gdybym miała takie serce jak miliony osób w moim wieku. Niestety, Paweł zniszczył je doszczętnie. '-Ceść, jezdem Patlyk, a ty?' - odezwał się mały. '-Martyna, miło mi.' - powiedziałam z uśmiechem. Nigdy nie miałam rodzeństwa, i raczej nie będę go miała. "-Przepraszam cię za niego, on tak do każdego. Jestem Kacper." - odezwał się nagle nieznajomy. W jego oczach błysnęło mi znajome ciepło, takie jakie miał Emil, kiedy byłam w szpitalu. Emil.. Emil.. gdzie on się podziewa? Tak bardzo mi go brakuje.. Nie. Stop. To nie ja zawiniłam. Z zamyśleń wyrwał mnie niejaki Kacper. '-Przyjezdna? Oprowadzić cię po okolicy?' No i co miałam zrobić. Tak słodkim dwóch chłopcom się nie odmawia. W czasie spaceru Kacper opowiadał mi nieco o sobie i swojej rodzinie. To takie typowe. Urocza rodzinka z dwójką ślicznych dzieci, z czego jeden to niegrzeczny chłopiec a drugi aniołek. Skąd ja to znam.. Za to moja historia wcale nie jest banalna. A czasem tak bardzo chciałabym żeby taka była.. Niestety nie jest i bardzo mi przykro. Ale cóż. Life is brutal. Dzięki Kacprowi poznałam znaczną część miasta, szczególnie kluby. Umówiliśmy się nawet na 21:00 przed jakimś klubem, którego nazwy nie pamiętam. Podobno ma być tam jakiś rockowy występ, czemu nie, takie klimaty też trawię. Wróciłam do domu, zastałam Michała. Smutnego. Przebrałam się szybko, ogarnęłam, no i wyciągnęłam Michała. Nie wiem co się stało, a stało się coś na pewno. Dotarliśmy na miejsce. Czekaliśmy chwile na Kacpra. Przyszedł. Boże, całkiem inny człowiek. Glany, skóra, wszystko idealnie współgrało. Oczywiście Michał musiał obadać go swoim krytycznym wzrokiem. Zajęło mu to chyba z godzinę zanim przyzwyczaił się do jego obecności. Ale dobra, weszliśmy do klubu, koncert się zaczął. Michałowi od razu poprawił się humor. Jakby był w siódmym niebie! Cieszy mnie to, kocham patrzeć na szczęśliwych ludzi. Znalazł jakąś dziewczynę, a my z Kacprem stwierdziliśmy, że to bez sensu, zostać tam dłużej. Wyszliśmy, i poszliśmy pod sklep. Zajebaliśmy jakiś wózek na zakupy i zjeżdżaliśmy nimi z jakiejś małej górki nieopodal sklepu. Przynajmniej dopóki nie nakrył nas dzielny ochroniarz. Odebrał nam wózki niczym i spisał niczym policjant W11. Byłam mocno zmęczona i wstawiona. Oczywiście zemdlałam. Kacper wziął mnie na ręce i podprowadził do domu (tyle wiem z opowiadań pani Rysi). Obudziłam się gdzieś tak nad ranem, chłopaków nie było, nie wiedziałam nawet która godzina. Wzięłam telefon w swe łapska z zamiarem odczytania godziny. Zamiast tego wyskoczyło mi: "Masz 15 nieodebranych połączeń od: Kacper". Niewiele myśląc oddzwoniłam, umówiłam się z nim na 15:00 na plaży i poszłam dalej spać.

______________________________________________________________________________
Wiem, dawno nie pisałam.
Miałam kilka problemów z ogarnięciem szkoły i tym całym syfem.
Do tego doszła żałoba dosyć bliskiej osoby.
Nie ważne.
W każdym razie jestem i kontynuuje to co zaczęłam.
Jeżeli wam się nie podoba przepraszam, chyba wyszłam z wprawy.
Pozdrawiam ;**

poniedziałek, 3 października 2011

Czwartek, 24 sierpnia.

Uslyszałam barbarzyński dźwięk budzika. Dzwonił niby jak zwykle, ale dzisiaj jakoś tak.. gorzej. Gorzej dla mnie. Wzięłam po omacku budzik w ręce i rzuciłam nim o ścianę. Najwyraźniej pomogło, bo przestał dzwonić. Poleżałam z pół godziny, dopóki nie kapnęłam się, że dziś mamy jechać. Ubrałam się wolnym ruchem w jakieś rzeczy, które sobie wczoraj przyszykowałam. Przejrzałam się w lustrze, podziwiając poniekąd swoją dziwną urodę jak i stopień ujebania lustra. Poszłam do łazienki, następnie do kuchni, gdyż skusił mnie zapach mojej ulubionej kawy i naleśników z dżemem. Chciałabym tak codziennie. Rzeczywiście, na stole stała kawa i naleśniki, tylko osoby nam się podmieniły. Zamiast Basi siedział Bartek - ach, no tak. Zapomniałam. W busie część z nas się nie zmieści, bo jadą też jacyś turyści czy coś, więc część z nas jedzie z Bartkiem - w tym ja. Sam by mnie raczej nie zostawił, taki już jest. Oczywiście ubrałam się w coś co adekwatnie nie pasuje do sytuacji, a żeby nie wyciągać niczego z walizki, wyciągnęłam z szafy jakieś stare dresy i zwykłą podkoszulkę, a Bartosz zapożyczył mi bluzę, która fakt faktem była mega cieplutka. Wpadli jeszcze Sylwia z Michałem i można było ruszać. Oczywiście Sylwia była zmuszona siedzieć na przodzie. Najpierw pojechaliśmy na miejsce przyjazdu busu. Bartek przecież nie znał drogi. Będzie jechał za nimi. Przy okazji skoczyliśmy do piekarni i wykupiliśmy chyba cały zapas świeżych bułeczek. Pogadałam chwile z resztą ekipy po czym zbliżył się czas odjazdu więc wskoczyłam do samochodu. Była już godzina 11:00. Bezsens. Byłam pierwsza w samochodzie, chciałam usnąć, zanim zdążą się o coś pokłócić. Nagle zza szarych murów bloków, murków i tego typu rzeczy ujrzałam czarne conversy, dosyć luźne, również czarne rurki, koszulę w biało czarną kratę, rękaw trzy czwarte i charakterystyczną grzywkę na bok - również czarną. Przyznam się, że na początku pomyślałam: "o, idzie jakieś pieprzone emo" , ale potem zorientowałam się, że to on. Jednym szarpnięciem otworzyłam samochód i ruszyłam ku niemu. Zastygł w bezruchu, w sumie.. nie dziwię mu się. Patrzał się na mnie takim dziwnym, lodowatym spojrzeniem. Tak jakby chciał czegoś, ale nie był gotowy o to prosić. Tak jakby chciał coś wziąć, ale myślał, że nie ma sensu potem tego ciągnąć, tak jakby chciał przeżyć coś pozytywnego, ale brakuje mu na to życia. Porażona tym dziwnym, nieznanym mi jak dotąd spojrzeniem, również zastygłam w bezruchu. Pamiętam tylko, że ktoś mnie gdzieś wołał, zrobiło mi się ciemno przed oczami i zaliczyłam niezbyt ciekawe spotkanie z podłożem. Gdy się obudziłam ktoś trzymał mi nogi w górze, a ktoś wziął moją głowę na swe kolana. Ocudziłam się kompletnie gdy zobaczyłam nad sobą twarz Pawła. Pomógł mi wstać. Jego ręce były lodowate. Były inne od tych które pamiętam. Na dłoni odznaczały się świeże rany, prawdopodobnie od cięć. Szybkim ruchem zasunął rękaw, po czym powiedział: "- Różnie działam na ludzi, ale żeby od razu zwalać ich z nóg? Miałem nadzieję, że się już więcej nie spotkamy. Los robi swoje." - po czym na jego twarzy wstąpił tak zwany, nieco głupawy "banan". Ale za tym kryło się coś więcej. I tylko ja to widziałam. Bartek szybko wkroczył pomiędzy nas, jakby nie wiadomo co mi robili. Mordowali mnie? Nie. Płakałam? Nie. Krzyczałam?Nie. To czego? No, ale jako że poczuwał się moim starszym bratem, jest usprawiedliwiony. Od razu zaczął jakieś wąty o mnie i o tą całą sytuację. Michał go uspokoił, Bartek (o dziwo) przeprosił Pawła. Paweł pożegnał się ze wszystkimi jakbyśmy byli jego starymi przyjaciółmi. Ze mną to już się w ogóle nie żegnał, wiadomo, doskonale wiedziałam co miał na myśli tak postępując. To znaczy on myślał że ja wiedziałam. A ja nie wiedziałam. To skomplikowane. Tak czy inaczej Bartek odprowadził mnie do samochodu. Chciałam tym razem siedzieć z tyłu, chciałam się w końcu wyspać. Michał zgodził się pełnić rolę poduszki, więc nie było większych problemów. Dwie godziny patrzyłam się w okno i myślałam. Tak sobie - o niczym właściwie. Mój mózg nie był skłonny do jakichkolwiek racjonalnych przemyśleń. Gdy wjechaliśmy w jakąś drogę, po bokach zalesioną, zaczęłam liczyć te panie co stoją przy tej właśnie drodze. I może was zadziwię, ale więcej naliczyłam grzybiarek niż dziwek. Czyli miały udany dzień pracy. Zasnęłam bodajże godzinkę przed celem. Po godzinie Michał niemiłosiernie mnie zbudził. Do teraz zastanawiam się, po co takiemu człowiekowi jest gwizdek? No więc wyciągnęłam mój bagaż, powitałam się z dziewczynami i udaliśmy się wszyscy na kolację. Gotowała ich babcia, niejaka babcia Ryszarda. No dalej, nabijajcie się z jej imienia, a dostaniecie wałkiem. Wiem co mówię - Kamil już oberwał. Nikt jakoś nie miał specjalnej ochoty na melanż więc udaliśmy się do swoich pokoi. Niezłe zamieszanie, bo wcześniej tego nie ustaliliśmy, a pokoje były 2 - 4 osobowe. Mnie było wszystko jedno gdzie trafię. No i troszkę słabo, bo jedna baba na trzech chłopów to trochę niekomfortowy układ, no ale - bracia. Najgorzej z łazienką, ale to nic. Mieszkam z Kamilem, Michałem i Bartkiem. W sumie to było całkiem do przewidzenia, wiadome jest że ta czwórka jest nierozerwalna. To dziwne, bo Michał zna nas tak krótko, a już się do nas przywiązał. Miło. Niewiele myśląc padliśmy na łóżka. Nadszedł czas na zasłużony odpoczynek.

niedziela, 25 września 2011

Środa, 23 sierpnia.

Wtulałam się w niego jeszcze przez chwilę - strasznie długą chwilę. Żadne z nas nie chciało się puścić. Doskonale czułam jego zapach, czułam na ciele jego niesamowicie mocny uścisk. To nie był ten sam Paweł, to też dało się wyczuć. Ten był taki.. dziki. Nie mam innego określenia. Robi co chce, nie liczy się z innymi, choć jestem pewna, że chciałby być czuły. Gdy uwolnił uścisk, puściłam się jego bluzy. Przez zamglone oczy praktycznie nic nie widziałam. Zobaczyłam jedynie te lazurowe oczy, które niezwykle pociemniały, łzę w oku i wymuszony uśmiech. Chwilę potem zobaczyłam jego plecy. Stwierdziłam, że nie ma co dłużej stać w progu i poszłam do kuchni, gdzie siedziała Basia. Usiadłam bez słowa przy stole. Czekała na mnie aromatyczna kawa, ale jakoś nie mogłam jej wypić. W głowie dalej huczały mi jego słowa. "Nie będę cię już bronił." - co to w ogóle ma znaczyć? Czy kiedykolwiek mnie bronił? Czy kiedykolwiek po zerwaniu przy mnie był? Nie. No właśnie. Nie wiem, czy pierdoli mu się w mózgu czy tak działają na niego emocje. Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Właściwie chcę, ale nie chcę nad tym rozmyślać. Nie płakałam - nie miałam czym. Nadal czułam woń jego bluzy. Nadal czułam uścisk - nie tylko od jego rąk, w sercu też. To trochę jak narkotyk - jak to się skończy i nie dostanę drugiej dawki, będzie ze mną źle. Wysuszę się z samotności, albo tęsknota rozłoży mnie na cząstki elementarne. Po co tu w ogóle przyszedł? Dlaczego się żegnał? Ahh.. no tak, mama zostawiła mu jakiś dom.. ale to nie powód. I tak ewidentnie miał mnie gdzieś. Chyba. Dzwonek do drzwi ocknął mnie z tych nieciekawych przemyśleń. Pobiegłam otworzyć - sama nie wiem, czy z nadzieją, że go tam zobaczę czy tak po prostu. Otworzyłam drzwi i mimowolnie uśmiech wstąpił mi na twarz - toż to Kasia i Ania! Przedstawiłam je Basi, wpadły one jednak na krótko. Chciały spytać się czy jadę do nich, do Sopotu. Basia zaczęła mnie namawiać, żebym tam pojechała, w końcu tutaj mam za dużo problemów. Paweł, Emil, stan zdrowia.. nie zaciekawie. Na dźwięk imiona "Emil" ponownie zakuło mnie serce, zapragnęło go w tej chwili, by mu pomóc. Ale to nie takie proste. Spytałam kto jedzie. A więc jedzie Michał (który ostatecznie dał się namówić), Bartek, Kamil, Wiktor, Edyta, Sylwia i Angelika. Taki skład jak najbardziej mi pasował więc jestem umówiona z nimi na 9:00 rano, jutro, pod szpitalem - dziewczyny są tak miłe że zorganizowały nam bus. Ooo.. tak. 3 dni w raju - to mi pasuje. Zmyły się po obwieszczeniu tych wspaniałych wiadomości, a ja wskoczyłam pod kocyk, zupełnie wyłączając się z rzeczywistości. Przerażała mnie, jest bardzo okrutna. Może użalam się nad sobą, ale to boli. Boli jak cholera. Basia nie dowiedziała się o tym wszystkim, bo po co jej to? Jutro jedzie na jakąś ważną delegacje, po co jej dodatkowe zmartwienie? Widząc co się ze mną dzieje zabrała mnie na spacer. Jak pieska, rozumiecie to? Tak, przesadzam. Poszłyśmy do jakiegoś badziewnego parku. Pieski wesoło biegały, zakochane pary radośnie okazywały sobie uczucie, a ja przechodziłam koło nich jakoś dziwnie.. hmm.. jak to ująć.. rozmemłana. Patrzyłam tylko w swe czarne trampki, ukratkiem słuchając odgłosów natury tudzież Basi, która nadawała jak przyroda czasem może pomóc człowiekowi. W sumie.. miała trochę racji. Dotarliśmy do jakiegoś placu zabaw - kompletnie nie wiedziałam, że coś takiego tutaj stoi. Na jednym z "domków" zauważyłam kogoś podobnego do Pawła. I niewątpliwie to był on. Patrzył na mnie, ewidentnie płacząc. Oczy zalały się łzami, patrząc na to jak właśnie wciąga kreskę. Uciekłam. Basia goniła mnie, nie wiedząc o co chodzi. W końcu dała za wygraną i wróciła do domu. Napisałam jej sms-a że nic się nie stało i, że będę w domu gdzieś o 3 nad ranem. Miałam ochotę się uchlać. Kupiłam w tym celu najlepszą wódkę, na jaką było mnie stać i przysiadłam na plaży. Wypiłam całą i usnęłam, najzwyklej w świecie. Znowu mi się to zdarzyło. Gdy się obudziłam było już ciemno. Chciałam wrócić do domu, ale jedyna możliwa droga wiodła przez park. Nie ukrywam - bałam się, cholernie. Zadzwoniłam po Michała, oświadczył, że zaraz będzie. I przyszedł. Nie ma to jak przyjaciele. Pomógł mi wstać i poszliśmy do parku, na placyk. Bo tak mi się zachciało. Usiedliśmy na huśtawkach i gadaliśmy. O wszystkim i o niczym. Wyciągnął z plecaka dwa piwa, włączył muzykę na telefonie i bujaliśmy się na huśtawkach, to popijając, to rozmawiając. W końcu przypomniało nam się, że jutro jedziemy. Niczym gentelmen odstawił mnie do domu. Wkroczyłam na powierzchnię domu. Drewniana podłoga nieco ugięła się pod moim ciężarem wydając ciche skrzypienie. Wesżłam jakoś niepostrzeżenie na górę, spakowałam torbę na jutro. Dotarło do mnie, jak mało mam ciuchów, jak dawno nie byłam na żadnych zakupach, co należałoby zmienić. Zeszłam na dół do kuchni, po szklankę mleka i apap. Oczywiście narobiłam hałasu - a jakżeby inaczej. Basia wstała i wzięła mnie na "przesłuchanie". A że pijany człowiek to szczery człowiek wygadałam się jej ze wszystkiego. Pamiętam nadal ten wytrzeszcz oczu i słowa "ty idź lepiej spać". Poszłam na górę, nieco zmęczona, w końcu była 5:00 nad ranem. Położyłam się, przykrywając się cieplutką kołderką. Czułam jak życie ze mnie uchodzi i w końcu zasnęłam.
____________________________________
Notka słaba, jak sami widzicie.
Coraz żadziej tu piszę - ale przestać nie mam zamiaru.
Piszę żadziej, po części z powodu szkoły (nie uczę się, po prostu przychodzę zmęczona) i spraw prywatnych  (rodzina i ktoś bliski, nieważne).
Jednakże, liczba wejść przekroczyła 1000.
Chociaż nie wiem ile z was to czyta, to i tak wam wszystkim dziękuję. ♥
Pozdrawiam. :**

środa, 14 września 2011

Wtorek, 22 sierpnia

Obudziłam się z uśmiechem na ustach około godziny 10:00. Przez pewnien czas z przymkniętymi powiekami rozkoszowałam się zapachem mojej ulubionej kawy oraz hip - hopem lecącym z głośników. Otworzyłam oczy, podniosłam się z łóżka, włożyłam na nogi moje zielone, włochate kapcie i pognałam do kuchni. Zobaczyłam zaspanego Bartka, siedzącego przy stole i pijącego kawę. '-Hej, dobrze spałeś?' - usiadłam koło niego mierzwiąc mu włosy. '-Jeszcze masz czelność pytać.. chrapałaś całą noc tak, że się spać nie dało.' - odpowiedział. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Zjadłam śniadanie (zrobione przez Bartosza) i trochę z nim pogadałam. Gdy usłyszałam dzwonek do drzwi nakazałam Bartoszowi otworzenie ich, podczas gdy ja pognałam ku łazience. Ubrałam się w jakieś baggy i wyciągnięty t-shirt. Wyglądałam jakoś tak.. inaczej. Kruczoczarna grzywka opadała mi po części na jedno oko, a ubrania na mnie wisiały jak na wieszaku. Wyglądałam na szczęśliwą. Twarz jakoś pozbyła się grymasów złości czy jakiegokolwiek bólu, mięśnie rozluźniły się, a twarz promieniała. Zachwycałam się długo nad swoim dotychczasowym stanem, dopóki tego wszystkiego nie przerwały mi krzyki. Zeszłam na dół, nadal przekonana, że to może Edyta kłóci się z Kamilem o coś tak głupiego jak kto ma dziś pomagać w monopolowym za alko, ale na wszelki wypadek przyspieszyłam kroku. I może dobrze, że tak zrobiłam bo okazało się, że to Basia przyjechała w odwiedziny.
Gdy ją zobaczyłam poczułam niesamowite szczęście. To co że biła Bartosza torebką ( w której miała chyba cegłówki), kopała go i krzyczała mu w twarz, że ma mi nie wchodzić w drogę ani nie zakradać się do tego domu, bo wezwie policję. Na mój widok szybko do mnie podbiegła i widząc mój obecny stan zdrowia zaczęła wykrzykiwać, że tego jest już za dużo i dzwoni na policję, bo nikt nie będzie bił jej dziecka. Widząc jak rozbawienie maluję się Bartoszowi na ustach, zaczęłam ją uspokajać. Przedstawiłam jej Bartka, a gdy on poszedł robić nam herbatę opowiedziałam jej wszystko związane z moim stanem zdrowia oraz obecnością obcego chłopaka w domu. Przyjęła wszystko ze spokojem aczkolwiek nie wypiła zrobionej herbatki "dla bezpieczeństwa". Bardzo się cieszyłam, że przyjechała - nieczęsto mnie odwiedza. Praca, interesy, interesy, praca itd. Miło że znalazła czas dla mnie. Szkoda tylko, że zostaje tylko do jutra. Będzie mi jej brakować. Zadzwoniłam po resztę moich znajomych. Jakieś 5 minut później przyszedł Wiktor, Kamil, Edytka, Sylwia i Michał. Nie miałam po co dzwonić do Pawła tudzież Agnieszki, bo zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Basia ich wszystkich polubiła, choć zachowała ten dystans. Siedzieliśmy tak do wieczora, potem ekipa poszła ogarniać jakiś melanż. Ja oczywiście zostałam w domu. Siłą wykopałam Bartka na ten wypad. W końcu ktoś musiał tych dekli poodwozić. Załączyłam z Basią jakiś film (chyba komedia romantyczna) i rozczulałyśmy się nad biednym zakochanym chłopaczkiem, lecącym za jakąś rozhisteryzowaną biedaczką w niebieskiej sukieneczce. Film jak to film - wiedziałam, że skończy się dobrze i ani na moment nie chciałam wczuć się w historię tej uroczej młodej pary w chwilowej rozłące. Nie miałam ochoty przeżywać tego wszystkiego co oni. Dziś po prostu media mną nie manipulowały. Jednakże miło było siedzieć z nią i wcinać popcorn oraz bomby kaloryczne w postaci lodów, chipsów, ciast i tego typu szkodzącym zdrowiu gówien. Opowiadała mi o wszystkim co działo się przez ostatni miesiąc i dlaczego nie mogła tu zawitać. Ja wiedziałam, że tak musi. Byłam do tego najzwyklej w świecie przywyczajona. Jednak na pytanie, co ja robiłam przez ten miesiąc jakoś trudno było mi odpowiedzieć. No bo w końcu siedzenie na parapecie, cała zapłakana, w dresie i rozciągniętej bluzce z kakaem w ręku to nie jest ciekawie spędzony czas. Lepsze to jednak niż ćpanie w miejskich szaletach. Jakoś nie miałam ochoty opowiadać o tej całej szopce z Pawłem w roli głównej. Sama ze mnie to wydusiła. Przytuliła mnie mocno, tak jak tylko potrafiła. Ale to nie pomagało. W głowie nadal burzyły się sprzeczne myśli. Tak samo jak morze uderzało w skały. Morze w tym wypadku były to myśli "ułoży się, będziecie szczęśliwi" , a skały to te twarde przekonania o zimnie jego serca. Morze podburzało skały. Nie wiem ile jeszcze tak dam radę. Wierzyłam, a raczej chciałam wierzyć, że w najmniejszych odmętach tego organu jakaś cząstka mięśnia dalej pracuje. Pracuje dla mnie. Łzy nie ciekły mi ciurkiem. Z resztą to było zrozumiałe. Przez rok swoimi łzami wypełniłabym stu litrowe akwarium. Nie odzywając się oglądałyśmy film.Przy końcu, kiedy to zwykle ma nastąpić tak zwany 'happy end', który nigdy się nie zdarza (no bo serio, który facet goniłby samolot swojej wybranki na jakimś wózku? Nie lepiej odlecieć tam następnym samolotem?), ktoś zadzwonił do drzwi. Myślałam, że wrócił Bartek znudzony jakimś kolejnym 'dennym' melanżem. Nie chciało mi się wstawać, gdyż właśnie pochłaniałam kolejne lody czekoladowe, jednocześnie 'topiąc' w nich wszelkie smutki. Póki co działało. Posłałam do drzwi Basię. Nie obchodziło mnie kto to dopóki nie usłyszałam tego głosu. JEGO głos. "-Oj, przepraszam. Widocznie przeszkodziłem." - powiedział zduszonym głosem. Nigdy nie słyszałam tej barwy. I podejrzewam, że Michał wiedziałby od razu co to oznacza. Nie ja. Podbiegłam prędko w stronę drzwi. Basia stała i patrzała się to na mnie, to na niego, nie wiedząc zbytnio o co chodzi. Nie zważałam na nią. "-Paweł, czekaj!" - krzyknęłam na widok odchodzącego od progu Pawła. Basia automatycznie wiedziała, że ma się ulotnić. Spojrzałam w stronę Pawła. Lazurowe oczy były takie.. nadzwyczaj suche. Nie wiem jak to wyjaśnić w jakiś sensowny, czy naukowy sposób. Po prostu było coś z nimi nie tak. W ogóle z nim było coś nie tak. Czerwone rurki w czarną kratkę, do tego jakieś szelki. T-shirt z napisem "Metalica" niewątpliwie pożyczony od Michała. Pachniała mną. Przecież jeszcze tak nie dawno miałam ją na sobie. Czarne trampki - a to dziwne. Nigdy nie nosił trampek. A to nie jedyne zmiany. Zafarbował włosy na czarno, zrobił grzywkę na bok, kolczyk w wardze, mnóstwo dziurek w uchu i w brwi. Wyglądał trochę jak Dominik z "Sali samobójców". Z małą różnicą. Tylko Pawła kochałam. '-Hej.. zmieniłeś się.' - powiedziałam, nieco nieśmiało. '-Tak. Miałem ci coś powiedzieć, ale.. nie będę przeszkadzać. Już w ogóle. W życiu.' - powiedział. Głos mu się nieco załamywał, a ja byłam zrozpaczona. Nie wiedziałam o co mu chodzi, a tak bardzo chciałam pomóc. Położył mi dłoń na szyji. Następnie nachylił sie i pocałował mnie w czoło. '- Poradzisz sobie, mała. Ale już beze mnie. Już nie będę cię bronił. Żegnaj.' - szepnął. Staliśmy tak długo. Moje i jego łzy mieszały się na moim dekolcie. Płacz bezsilności. Ja - bo nie wiedziałam co to oznacza. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek się tak do mnie zwróci. On - bo doskonale wiedział, co będzie później i jak będę przez to cierpieć.
__________________________________________________________________________________
Tak, wiem, miałam dodać notkę w poniedziałek lub w weekend.
Przepraszam, nie dałam rady. Zmęczenie. Pisałam to w różne dni.
Wiele razy edytowałam. Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że niczego nie spaprałam.
Pozdrawiam :)

niedziela, 4 września 2011

Poniedziałek, 21 sierpnia.

Obudziłam się rano z głową położoną na miękkim misiu. Cały był przesiąknięty zapachem Bartka, tego którego traktowałam jak starszego brata. To przecież on zawsze się mną opiekował, albo wyciągał z najgorszego bagna. Usiadłam i poczułam przeszywający wręcz ból w okolicach żeber, jak i zarówno klatki piersiowej. To drugie było na tle emocjonalnym. Poczułam zapach jego ulubionej kawy, którą parzył mi co rano. I o dziwo tym razem do oczu nie napłynęły mi łzy. Nie zdąrzyły. W drzwiach ujrzałam Bartosza z dwoma kubkami kawy w ręku, a na dodatek był w samych bokserkach.. w serduszka. Natychmiast wybuchłam histerycznym śmiechem. Kto w wieku osiemnastu lat nosi gacie w serduszka? Bartosz odparł, że noszenie takich gaci to nic złego. No i zachował tego swojego 'poker fejsa'. Wypiłam kawę i zeszłam do kuchni. A w niej ujrzałam mega śniadanie no i Edytę, Sylwię, Wiktora i Kamila. Wyściskałam ich mocno (chociaż bolało niemiłosiernie). Każde z nich zaczęło mi coś opowiadać, podczas gdy ja szamałam moje śniadanie - górę naleśników z bitą śmietaną. Dowiedziałam się między innymi, że Edyta chodzi załamana gdyż Kamil chodzi z tą całą Angeliką, a jeszcze gdyby tego było mało próbuje je na siłę zaprzyjaźnić. Zaś Wiktor zauroczył się w Kasi - tej ze szpitala. I tak wpadłam na pomysł, że dziś pójdziemy do szpitala je odwiedzić. W prawdzie nie chodziło mi tylko o nie, pragnęłam też ujrzeć Pawła. Ciało może tego jakoś specjalnie nie potrzebowało, ale dusza rwała się do niego jak szalona - nie wiedzieć czemu. Poszłam szybko na górę, ubrałam się w jakieś rurki i kolorowy t-shirt, ogarnęłam moje czarne włosy i zeszłam na dół. Wskoczyłam w me czarne nike i już miałam dołączyć do ekipy w samochodzie gdy zatrzymało mnie szarpnięcie za ramię. Zbyt delikatne na Pawła czy Michała. To była raczej dziewczyna. Nie wiem kogo w tamtej chwili się spodziewałam. Miałam tylko nadzieje, że to nie ktoś kogo wolałabym dziś nie spotkać. Obróciłam się i gdy zobaczyłam kto przede mną stoi obeszła mnie gęsia skórka. Agnieszka. To przez nią mam ograniczoną swobodę ruchów i kilka siniaków. '-Słuchaj...' - zaczęła. Ale ja chyba nie chciałam żeby kończyła. '-Co, chcesz mnie jeszcze dobić? To raczej ty słuchaj. To wszystko nie moja wina, ale wiesz... ja nie biję nikogo kto mi podpadnie nawet pod wpływem uczuć. To nie moja wina, że wydaje ci się, że on mnie kocha.'Twarz Agnieszki znieruchomiała, widocznie była nieco zaskoczona. Nie patrzyła mi w oczy, tylko to co jest za mną. Myślałam raczej, że to ekipa która wystawia głowy zza szyb samochodów. Co ja gadam, byłam pewna, że to ją zdziwiło. Albo to, albo moje słowa. Uśmiechnęła się, a oczy jej rozbłysły. Jednak nadal nie patrzyła na mnie. A ja nie mogłam się odwrócić, bo znieruchomiałam. Po raz pierwszy nie wiedziałam co dana osoba ma mi do powiedzienia. Zwykle to przewidywałam. '-Myślę jednak, że on cię kocha. Zależy mu na tobie jak na nikim innym. Przyznam, że zazdroszczę, bo chłopak wcale nie jest taki pusty jak się niektórym wydaje. To jak droga do skarbu. Musisz się namęczyć by odkryć to co w nim najcenniejsze.' - powiedziała rozpromieniona. Nadal nie wiedziałam o co jej chodzi. Dobierałam jakieś losowe słowa z mojej głowy, układałam je w zdaniach i jakoś nadawałam im sens.   '-Coś ci sie w głowie poprzewracało. Może i nadal Paweł jest dla mnie ważny, ale ja dla niego nie. On mnie nie kocha. A jeśli twierdzisz inaczej to albo jesteś idiotką, albo do końca go nie znasz. Bo wyobraź sobie, że ja znam go na wylot i wiem do czego jest zdolny. Więc jak masz ględzić o tym, że rozbiłam wasz związek to wypierdalaj. On cię nawet nie kochał. On nikogo chyba nie kocha.' - syknęłam, a w płucach momentalnie zabrakło mi tlenu. '-Szybko się uczysz.' - usłyszałam głos. Nie należał on do Agnieszki, ani do nikogo z ekipy. Znałam ten głos na wylot. I jego właściciela. Paweł. Obróciłam się, i zobaczyłam jego sylwetkę. Ale wygląd mnie nie interesował. Spoglądałam raczej w lazurowe oczy, które pełne były jakiś dziwnych, niespotykanych u niego uczuć. Cieszył się, ale tak jakby z przymusu. Nie wiem jak on to robił. Jak mógł udawać uczucia? Na jego widok moje kąciki ust mimowolnie (i mam nadzieje, że minimalnie) podniosły się ku górze. '-Wiesz, Paweł? Nadal mam nadzieję, że kiedyś się zmienisz. Że nie będziesz takim chujem.' - powiedziałam ukrywając radość z powodu jego obecności. '-Jak to się mówi: nadzieja matką głupich.' - odpowiedział z tym swoim ironicznym uśmiechem. Ta dziwna euforia wydobywająca się z jego oczu budziła we mnie panikę. Wiedział jak ranić ludzi. Zanim zdążyłam o cokolwiek spytać on ulotnił się, najprawdopodobniej na plażę. '-I ty wierzysz w to co on mówi.. słuchaj, chciałam cię jakoś przeprosić za to wszystko, targały mną emocje, a nie zdrowy rozsądek. Mam nadzieję że kiedyś mi wybaczysz i pójdziemy na jakieś piwo' - przerwała ciszę Agnieszka. Dopiero teraz spojrzałam na jej strój. Szare dresy, wyciągnięty t-shirt i męska bluza. A na buzi zero tapety. '-Możliwe.' - odpowiedziałam i poszłam w stronę samochodu. Przez całą drogę każdy pytał kto, co, jak, dlaczego i tak dalej. Opowiedziałam im wszystko i jakoś ze mnie wszystko uszło, jak powietrze z nadmuchanego balonika. Dojechaliśmy na miejsce i poszliśmy w stronę sali dziewczyn. Moje łóżko wciąż stało puste, widocznie nikomu w tym mieście nie zbierało się na bójki. Poszliśmy do bufetu coś wszamać, jednak ja nie jadłam. Góra naleśników i milionowa stresująca sytuacja dały w kość. Zwymiotowałam im na korytarzu. Salowa tylko przewróciła oczami i zabrała się za sprzątanie tej 'niespodzianki', a gdy chciałam jej pomóc to pogoniła mnie mopem. Tak, uwielbiam te kobiety. Okazało się, że za kilka dni wychodzą i zapraszają nas gdzieś do Sopotu gdyż mają tam dom. Co ja gadam, jaki dom. Willę ! A otóż tak, są kuzynkami i oczywiście mój umysł nie ogarnął tego po pierwszym spotkaniu. Czyli są tu na wakacjach. No i tak przegadaliśmy cały dzień - a to w bufecie, a to w pobliskim parku czyli 'wybiegu dla pacjentów', lub w ich sali. Zrobiło się grubo po 19:00 więc musieliśmy już iść. Wyszłam na końcu i kierując się do wyjścia natknęłam się na Michała. '-Cześć, co słychać?' - spytał. Opowiedziałam mu wszystko co się dzisiaj działo i tak dalej. Chciałam zaprosić go tam do Sopotu, o ile tam pojedziemy, ale stwierdził, że musi być przy Pawle, choć jak na razie Paweł go nie potrzebuje. Otóż okazało się, że Paweł chodzi cały zadowolony, bo jego mama odzyskała cudem przytomność i może normalnie mówić. Powiedziała, że czuje, że śmierć już na nią czyha więc przepisała dom Pawłowi, a nie jego ojcu. Okazało się również, że jego ojciec zdradzał jego mamę. Przykre, aczkolwiek dla Pawła było to chyba najlepsze rozwiązanie, z reszą ojca nienawidził więc nie był to jakiś tam szok. Wyściskałam Michała, nie wiem czemu, tak działają na mnie dobre wieści i szybko wyszłam z tej instytucji, która zmuszała mnie do myślenia o śmierci i tego typu sprawach. Wsiadłam do samochodu, Bartosz odwoził każdego po kolei (a właśnie, aż dziwne, ze nie szkoda mu było na paliwo) a potem gdy byliśmy sami pojechaliśmy na kolację do maka. Pałaszując hamburgera wszystko mu opowiedziałam. Wróciliśmy do domu, obejrzeliśmy "Krzyk" i poszliśmy w kimkę. I nie wiem czemu, ale zasypiając pomyślałam, że w końcu może być normalnie.
_________________________________
Notka mi się nie podoba, taka byle jaka.. pisana na szybko.
Dziękuję za tyle wejść (dziwię się, że chce wam się tu wchodzić.)
Postaram się jutro coś napisać (kończę jutro najwcześniej).
Pozdrawiam i trzymajcie się ciepło. ♥